A.C. Cobble „Beniamin Ashwood”

A.C. Cobble „Beniamin Ashwood” 4.50/5 (90.00%) Głosów: 2 s

W takich czasach żyjemy, że się człowiek boi zmienić cokolwiek; pracę, studia, ba, jogurt swój ulubiony nawet; bo nigdy nie wiadomo co będzie dnia następnego. Jak, więc słyszę o kimś, że porzucił pracę w korpo i zdecydował się na pisanie fantastyki to myślę sobie, że… miał jaja!

A skoro takim aktem odwagi wykazał się Autor Beniamina Ashwooda, to nic dziwnego, że i sam tytułowy bohater w związku z właśnie odwagi aktem, totalnie odmienia swoje życie. No bo wyobraźcie sobie, że młody piwowar, z maleńkiego miasteczka, nagle ląduje w samym środku niezwykłej wyprawy i to w arcyciekawym towarzystwie; czyli uroczych dziewcząt, rzezimieszka o nieokreślonych umiejętnościach, posągowej kobiety co to wszystkim trzęsie i nader spokojnego i wyważonego mistrza miecza. A! W tle jeszcze jakiś demon szaleje, żeby odpowiednio magiczny element się nie zagubił.

Co jeszcze znajdziecie w książce? No, więc tak, na pewno podróż, młodzieńczą miłość, zagadkę, zapowiedź konfliktu zbrojeń, świetnie opisane grupy społeczne i ich utarczki, dobre piwo, bardzo fajnie zakreślony świat przedstawiony ze szczegółowymi opisany kto, co, jak i po co (podkreślam; bardzo szczegółowymi) i bohaterów za których mocno trzyma się kciuki.

Fabuła jest klasyczna do granic możliwości; czyli młody facet wyrusza ku przygodzie. Nie ma w Ashwoodzie nic nowatorskiego czy odkrywczego, ale ma w sobie ta powieść jednak coś takiego, co każe nam podążać za wiodąca postacią i czytać o jej dalszych losach. Czuć tę pracę jaką w książkę włożył Autor, w to jak dopracował lokacje, czy zasady rządzące poszczególnymi miastami. No i przede wszystkim jego bohater jest sympatyczny; to miły chłopak z zasadami, który zawsze robi to co powinien.

No tak, czyli czytało mi się dobrze, ale było jakieś ale. Tym „ale” był także lekko toporny styl. Miałam czasem wrażenie, że A.C. Cobble powziął sobie za cel wytłumaczenie mi wszystkiego w taki sposób w jaki mówi się do dzieci, bądź wyjątkowo nierozgarniętej osoby z małym rozumkiem; tak łopatologicznie, zbyt prosto… Zabrakło mi tu polotu; tego czegoś.

Pomimo minusów jestem jednak ciekawa jak to się wszystko dalej potoczy. Zastanawiam się jak Autor to poprowadzi, co zmieni i czy się rozwinie. Chce poznać dalsze omy, zobaczyć jakie piwo uda się uwarzyć Ashwoodowi, poznać całą prawdę o Rhysie, dowiedzieć się czemu atakują i skąd biorą się demony, powęszyć po zakamarkach Sanktuarium… Jest w tym świecie jeszcze wiele do odkrycia, więc przymknę nawet oko, na to co mnie drażniło, mając nadzieję, że w kolejnym tomie nie będę miała się już do czego przyczepić.

Ratując brata, czy piękne dziewczę z opresji, możemy w zamian dostać o wiele więcej niż wdzięczność… Do rąk może nam wpaść zupełnie nowe życie…