Brian McClellan „Grzechy Imperium”

Brian McClellan Grzechy Imperium Czaczytać Brian McClellan „Grzechy Imperium”
Brian McClellan „Grzechy Imperium” 3.67/5 (73.33%) Głosów: 3 s

„Zapach prochu i magii czuć od pierwszej do ostatniej strony” napisał na okładce Jarosław Grzędowicz i wiecie co? Miał całkowitą rację.

Grzechy Imperium  to kawał prawdziwej, dobrej fantastyki. McClellan świetnie prowadzi fabułę, cudownie ją dzieląc pomiędzy poszczególnych bohaterów, którzy początkowo sobie obcy, dążą wspólnie do jednego, monumentalnego finału.

Postacie są mocnym filarem całej opowieści. Przede wszystkim wywodzą się z różnych opcji jak i kierują nimi totalnie inne przesłanki; dzięki temu możemy zaobserwować całą gamę przeróżnych charakterów jak i ich dążenie do, pozornie innego celu.

Ciekawe są te ich przesłanki, studium psychologiczne postaci, czy pieczołowite ich przedstawienie przez Autora. Zaczynasz kogoś obserwować i już po kilku stronach wiesz, czy będziesz trzymał za niego kciuki, czy też zastanawiał się, kiedy trafi go jasny szlag… ale to się zmienia. Bo tutaj sporo jest spisków, tajemnic do odkrycia i więzów rodzinnych, które nagle się objawiają. Struktury polityczne, czy podziały klasowe są niezwykle wyraźne, dzięki czemu wsiąka się w tę, dopiero co budującą się, rzeczywistość Fatrasty i cały czas, z niepokojem, obserwuje jakie to „państwo” być może, czy w jakim zmierza kierunku.

Muszę przyznać, że często byłam przez Autora zaskakiwana, nie każdy był tu tym kim wydawał się być na początku a sama magia, która ukazał mi się wraz z pojawieniem lady Krzemień to jakiś totalny odjazd! No i samo wykorzystanie prochu jest bardzo innowacyjne! Dodatkowo akcja mknęła do przodu płynnie, ale niesamowicie szybko. McClellan ma talent do prowadzenia historii i przyciągania uwagi; bardzo trudno się oderwać.

Książka jest potężna, bo ma ponad 700 stron, ale nie przytłacza niepotrzebnym tekstem, każda literka wydaje się być na swoim miejscu, każdy zwrot akcji jest zaplanowany a opisy, bardzo dopracowane, lecz zwięzłe, dopełniają całości.

Duże wrażenie robią sceny batalistyczne i tu, za panem Grzędowiczem, napiszę, że rzeczywiście zarówno proch jak magia są wyczuwalne od początku… okręty, wielkie armie, ale też niewielkie pojedynki są dynamiczne i bardzo plastyczne. To fascynujące, bo czasem, czytając, aż czujesz ten piach pod stopami, aż widzisz te nadciągające hordy nieprzyjacielskich armii, no jest co czytać! Ten realizm, czasem, aż przytłacza bo wojna to nie jest przyjemna sprawa i nigdy nie wiesz kto polegnie. Ale to „przytłoczenie” ma dla mnie, w tym przypadku, pozytywny wydźwięk; buduje napięcie i jeszcze mocniej uzależnia Czytelnika od postaci.

Walka o wolność, niepodległość czy państwo w państwie, to teraz tak niezwykle chwytliwe tematy i tutaj też się pojawiają i to w rozbudowanym i przemyślanym wydaniu, dodajcie do tego jeszcze kamień, który sprawia, że ludzie tracą zmysły i te zakulisowe przepychanki o władzę czy pozycję… No powiem Wam niesamowite.

Humoru malutko, romansu brak, ale za to jest tak doskonale skonstruowana fabuła, że nie odczuwa się ich braku.

To ten typ fantastyki, gdzie nie musicie zastanawiać się co Autor miał na myśli, czy też spędzać długich godzin na rozkminianiem ukrytych przekazów; Grzechy Imperium to przede wszystkim świetna przygoda osadzona w świecie podobnym do naszego, ale jednak pełnego różnych rodzajów magii, którą McCllelan wplata w opowieść tak dobrze, że wydaje Ci się, że czytasz o czymś co naprawdę miało miejsce.

CzaCzytać, bo czasem, zupełnie przez przypadek, można znaleźć coś, co zmieni oblicze świata…