James Islington „Wola Wielu”

james islington, wola wielu
James Islington „Wola Wielu” 5.00/5 (100.00%) Głosów: 1

Przepraszam, przepraszam, że zwątpiłam w Islingtona na tych kilku pierwszych stronach…  Klimat z togami, czy zapach starożytnego Rzymu, tak bardzo nie pasowały do moich oczekiwań, że aż płakać mi się chciało. Nagle jednak pojawiły się płyty, a wraz z nimi nadzieja. A gdy akcja ruszyła na całego, tak ruszyłam, popłynęłam i ja. Ależ to było genialne, jak dobrze skonstruowane i cudownie wciągające!

Samo uniwersum, które na początku mnie uwierało, z biegiem czasu zachwyciło. Frakcje, rządy, podziały, a do tego pomysł na pobieranie „energii” od niżej sytuowanych- aż się to prosi o rewolucję. To jest właśnie potęga Autora; wszystko trzyma się kupy, każdy kolejny element fabuły wynika z poprzedniego, wątki wypełniają się i uzupełniają, nagle zmieniając kierunek i ukazując zupełnie nową ścieżkę i to przy zachowaniu logiki. To niezwykłe, że pierwsza myśl jaka się pojawia to; „no nie”, czyli totalne zaskoczenie, ale druga już mówi „no przecież” bo musiało tak być.

Nie ma tu dużo magii jako takiej, właściwie prawie w ogóle jej nie ma. Zamiast tego dostajemy do poznania społeczeństwo i młodego chłopaka, który dzięki przedziwnemu zbiegowi okoliczności trafia do akademii mającej wykształcić kolejnych przywódców i możnych, od których decyzji zależeć będą losy świata.

Ale jest haczyk; wspomniany przedziwny zbieg okoliczności ma imię i nazwisko oraz zadrę w sercu, a przy okazji całkiem niedaleko, radośnie knują swe plany rebelianci. Dorzućmy do tego szkolną młodzież i rozgrywki na miarę Beverly Hills 2010- Więc tak, dzieje się sporo, a każdy element jest wysmakowany i fajnie wyważony.

Skupiamy się na szkoleniu i treningu, które mają doprowadzić nas do tajemniczego celu, a prowadzą do finału, który nie tylko daje odpowiedzi, ale też pozostawia nas w bolesnym stanie zawieszenia w oczekiwaniu na kolejną część. Okrutne i fantastyczne równocześnie 😉

Wola wielu jest potężna, a i tak ma się poczucie, że jest jej za mało. Islington niczego na siłę nie przedłuża, nie naciska, po prostu prowadzi nas w nową historię i nie daje nawet chwili na odpoczynek. Książkę przeczytałam chyba z cztery tygodnie temu, ale! Zostawiłam sobie ostatnie dwadzieścia stron- Nie chciałam kończyć. Za nic w świecie nie chciałam wiedzieć jak to się kończy, bo wiedziałam, że do kolejnej części jeszcze kupa czasu, a szansa, że trafię teraz na coś równie dobrego jest cholernie niska.

To świetnie skonstruowana powieść, gdzie każda postać ma znaczenie i zostaje w pamięci, gdzie pomimo olbrzymiej rozpiętości, nawet obudzeni w środku nocy bylibyśmy w stanie powiedzieć, co wydarzyło się trzysta stron wcześniej- Czysta perfekcja !

Polecam uzależnić się od Islingtona– Jego trylogie to arcydzieła.

CzaCzytać, bo czasem wyjście z labiryntu jest dopiero początkiem przygody…